Cztery pory roku w wierszach
Irena Góra

WIOSNA

Majowo w sadzie


Bielutko, biało wokół; sad.
Białe kwiaty z serduszkiem różowym.
Biały płatek na głowę spadł,
Wzbudził miłość w sercu twym.
Przez sad idziemy przytuleni,
W siebie wpatrzeni- maj!
Po dywanie z płatków jabłoni.
Za nami świat; wszystko naj…
Idziemy wpatrzeni w siebie,
Pachnąco wokół i biało.
Liczymy chmurki wesołe na niebie,
Miłością wokół powiało.
Spod nóg spłoszony bażant sfrunął,
Ścieżką przebiegł jeż.
Kocham cię powiedziałeś.
Nieśmiało szepnęłam- kocham cię też!

Kaczeńce


Na podmokłej po wiosennych roztopach łące,
Tuż przy drodze, rozsiadły się kaczeńce.
Ogromna ich ilość, tworzy swoisty dywan.
Seledynowe listeczki na siebie się nakładając,
Czynią fale. Wydaje się, że to kaczuszki pływają.
Kaczeńce złociste główki do słońca podnoszą.
Ogrzewaj nas i daj nam energię, proszą.
Słoneczko grzeje, ile tylko może.
Przyglądam się temu zjawisku,
A żabki to spostrzegły i dalej w podskoki.
Hop, hop, jedna nad drugą, jak na trampolinie.
Bocian się nagle zjawił, jak spuszczony na linie!

Wiosny to czas


Zagajnik oświetlił ciepły promień słońca.
Sasanka wygląda spod suchych liści i
Rozpycha się, robiąc miejsce innym.
Cała polanka w zawilcach,
Które, kierując swoje ozdobione
Białymi płatkami główki,
Uśmiechają się serdecznie
Do każdego, kto na nie spojrzy.
Na brzegu rowu między suchą trawą,
Podbiał swą złotą podnosi główeczkę.
Pod nim pierwszy kaczeniec rozsiadł się
Jak strojna w seledynową, satynową sukienkę
Panna, którą ma do tańca poprosić
Przystojny kawaler- fiołek.
Wszystkie zakwitły w tym roku wraz!
Wszak cudownej wiosny to czas!
Kroczy teraz, wysoko podnosząc nogi,
Niszcząc dywan kaczeńcowy,
Gdzie żabki miały schronienie gotowe.
Schwyciwszy pokarm, bocian odleciał.
Pod listkami żaby się schowały,
A śliczne kaczeńce, jak były, zostały.

Namaluj mi wiosnę


Namaluj mi wiosnę pachnącą
Stokrotkami i bzami,
Co zwisają kiściami mokrymi
Od porannego deszczu.
Namaluj mi zapach łąk zielenią mocną
I liśćmi brzóz delikatną.
Namaluj mi świeży zapach macierzanki
I zapach zawiązujących się kłosów.
Namaluj stożki kwiatów
Wśród parasoli liści.
Pokoloruj to wszystko
Pachnącymi kwiatami wiśni
Ostrymi promyczkami wschodzącego słońca.
Niech ten obraz wypełni miłość do końca.

18.05.2005r.

Aleją, wśród kwitnących kasztanów idzie dziewczyna.


W dłoni bukiecik niezapominajek trzyma.
Pachnąca wiosna niesie radość i nadzieję!
W lśniące włosy dziewczyny ciepły wietrzyk wieje.
Rozwiał je, i rozpuścił długie jej warkocze.
Łagodnie muska jej policzki i smutne oczy.
Szepcze cicho w ucho, przywołując wspomnienia.
Wspomnienia o chłopaku, którego tutaj nie ma.
Przywołuje je też niezapominajki kwiat…
Kiedyś on go jej podarował i odjechał w świat.
Dziewczynie w czarnych oczach łza się zaiskrzyła,
Bo w jej sercu nadal tkwi miłości siła.

LATO

Zachód słońca


Słońce jak ognista kula
Jeszcze wyjrzało zza chmur,
Rozlewając pomarańczowe barwy na nieboskłonie,
Jakoby spódnicę łowiczanki rozłożono.
Pasy chmur podświetlane promieniami
Tworzą złociste fale.
Nad nimi inne układając się
W przeróżne figury,
Stwarzają zabawę dzieciom miłą.
Zatrzymując je na chwilę.
Nagle błysk. Chowa się słońce za horyzontem.
Jeszcze raz się wychyliło,
Patrzącym nań się ukłoniło
I znikło. Szarość. Smutno.
Pora zbierać się do snu.
Słońce już śpi!
Życzy nam bajek stu,
Luli, luli lu…

14.06.2007r.

Deszcz, deszcz…


Deszcz, deszcz pada nareszcie!
Spragnionym drzewom przynosi ulgę.
Rośliny się kłaniają,
Proszą o jeszcze…
Kłaniają się drzewa,
Ulewa, ulewa, ulewa!
Ciężkie krople deszczu
Sycą i trawy i liście.
Ochłoda dla Stworzeń Boskich.
Płyną strugi po asfalcie,
Szum cichnie.
Chmury rozdarte jak czarne zasłony,
Odpływają w różne strony
Po niebios skłonie.
Dzięki Boże - wyciągam dłonie,
Dzięki, za krople deszczu!

Na grzybach


Koszyczki, ubranie sportowe
I już jesteśmy gotowi
Do wejścia w las!
Jak tu cicho i spokojnie.
(Ukojenie zatroskanej duszy).
Grzybów wysypało się mnóstwo ogromne.
Nie wiem, który najpierw zerwać,
Tyle ich koło mnie
Stoję, patrzę, nie oderwę chyba oczu.
A tam, następne, jak w orszaku kroczą.
Idą sobie borowiki parami na bal.
Do koszyka moi drodzy, na zupę i sos,
Taki już wasz los.
Tuż obok przebiegła sarenka.
Płocha, pięknooka panienka.
Przystanęła, popatrzyła, wcale się nie boi.
Ja stanęłam, patrzę na nią i ona stoi.
Co powiedzieć piękna chcesz mi?
Co nurtuje cię i w sercu tkwi?
Ach, rozumiem, karmnik przy drodze.
Będą dbać o ciebie w zimowe chłody!
A tam dalej, norka myszki małej,
W swej pracy jakże wytrzymałej.
Droga kolorowymi liśćmi usłana,
Zając schował się za krzewów parawanem.
Oczu nie oderwę od tych cudów wszystkich.
Myślę sobie, opiszę to bliskim,
Którzy kiedyś idąc borem, lasem
Niech zobaczą, coś innego czasem.
Zobaczą i wbiją sobie do głowy,
Że to skarb, tu żyjemy,
Wśród pięknej przyrody, którą chronić mamy.
I łobuzom zniszczyć jej nie damy!

Makowa panienka


Stoi w polu makowa panienka,
Strojna w czerwoną sukienkę.
Nie ma żadnego okienka,
By podziwiano jej urodę.
Stoi wśród łanu pszenicy
W swej zwiewnej, czerwonej spódnicy.
Główką czarną potrząsa,
Strzepując kropelki rosy.
Tuż obok, żuczek podkręca wąsa,
Cóż to?- on jest bosy!
Bucików biedny nie ma.
Jak zatańczy z panienką makową?
Ona- otoczona kłosami dwoma!
Nie chce za męża żuczka.
Odwróciła swą główkę makową,
Więc odszedł- z panią Żukową.

JESIEŃ

Tak bywa jesienią


Jesienią liście na wietrze fruwają.
Są jak latem kolorowe motyle.
Drzewa i krzewy wszystkie barwy mają,
Dając wszystkim radości tyle.
Słońce jeszcze czasem mocno przygrzeje
Bawiąc się z wiatrem, który w polu wieje.
Ptaki kluczem na południe odlatują,
Poranne chłody października czując.
W sadzie i polu skończyło się lato.
Spiżarnie pełne aromatu za to.
Soczyste jabłka, gruszki tak olbrzymie,
Myślisz, czy to one, czy dynie?
W lesie kobierce z liści kolorowych.
Liście spadają pod nogi, na głowy.
Grzybiarze z lasu wychodzą z koszami
Grzybów, dzieląc się radością z nami.
A w ogrodzie jesienne kwitną róże,
Które przetrwały ulewy i burze.
Pokazując swoje główki urocze
Przetrwały chłodne poranki i noce.
Kiście soczystych winogron zwisają.
Zrywajcie już nas! Zdaje się wołają!
Soczyste trawy, łąki nieskoszone
Usychają, tworząc puszyste ławy.
Ucichły już w trawach polne koniki,
A dzieci w szkole robią jesienne stoliki.

Jesienna refleksja


Jesień barwna i ciepła,
Kolorowa, wesoła i wietrzna.
Jesień z opadającymi liśćmi,
I babiego lata snującymi się nićmi.
Jesień kasztanów opadających, rudych
I psa chowającego się przed deszczem do budy.
Jesień liści, opadających do stawu wody.
I ptaków odlatujących korowody.
Jesień cudowna, z obłokami na niebie.
Taką jesienią właśnie, poznałam Ciebie.

Psotnik wiatr


Jak to bywa jesienią,
Liści naleciało z rana.
Zabrałam grabie i uradowana
Zaczęłam zeschłe liście grabić.
Pograbiłam trawnik, zamiotłam podwórko,
A tu liście nadal lecą, jak piórka.
To psotny nadleciał wietrzyk:
Zawirował, zakotłował, zdmuchnął kupkę liści.
Myślę sobie-no to fajnie,
Robota na marne.
A wietrzyk się bawił;
Wszystko poprzemieniał:
Liście kasztana na wiśni usadził,
Liście lipy, na wierzbę,
Wierzby- na jabłoni,
A jabłoni z krzewem pigwy.
Na tui, poprzyklejał sosny igły.
Ja za miotłę, a on w tany!
Ojej, rety, o rany…!

Listopadowy zachód słońca


Jeszcze słońce posyła ostatnie promienie ku ziemi.
Bawi się z cieniem, skacze po drzewach nimi.
Podświetla zebrane wokół niego chmury,
Malując na niebie przeróżne figury.
Wykorzystuje przy tym światło i cień,
Żegnając kolejny listopadowy dzień.
W ten sposób powstają kolorowe postacie,
Zajmując w przestrzeni nieba połacie.
Właśnie słońce skończyło swoje najnowsze dzieło.
Z drobniutkich chmurek,
Małymi pociągnięciami pędzla
Jakby usiadły małe cyraneczki.
Jeszcze jeden błysk zza chmurki,
Która zdaje się być słońca pierzynką.
I nagle szaro, ciemno dookoła.
Chmurka chmurkę do snu już woła.

18.11.2008r.

Krzew różany


Róża pod oknem wciska się pod balkon,
Strząsając na wietrze mokre liście.
Krople deszczu intensywnie uderzają,
Delikatne, czerwone płatki raniąc.
Smugi deszczu sycą zeschłą glebę.
Błyszczą kropelki na łodyżkach.
I już po deszczu.
Pąsowe róże skłaniają
Swoje śliczne główki.
Dla nich woda to życie.
Lecz suche listeczki opadną.
Nadejdzie jesień i…

27.07.2007r.

ZIMA

W zimowym lesie


Ścieżką wchodzę w głębię lasu.
Dookoła cudny, baśniowy świat.
Spędzę tutaj trochę czasu,
Bo chodzę tu od wielu lat.
Kropelki na twarzy od ciepłego oddechu,
Rzęsy pomalowane białym szronem.
Ślady zwierząt i ptaków na puszystym śniegu,
Las ich kryjówką, schronieniem i domem.
Drzewa śniegiem, jak czapami przykryte.
Promienie słońca po szpilkach igrają,
A pod dębami ślady przez dziki wyryte.
Ciężkie świerka gałęzie do ziemi zwisają.
Nagle cały ten las cichy, spokojny,
Ożył, jak błyskawicą słońca oświetlony.
Tam, tam, zobacz! Na świerkowej polanie!
Jakby Królowa Śniegu w srebrnych saniach.
Za nią małe choinki, ośnieżone świerki,
Jak rozbiegane na hali owieczki.
A zimowy wiatr psotnik rozbawiony,
Strąca i sypie z drzew gwiazdki zamrożone.
I znów tajemniczo tu i spokojnie.
Królowa Zima rzuca śniegiem hojnie.
Biało, bieluchno tutaj dookoła.
Cicho, nawet echo mnie nie zawoła…

Proste słowa…


Moje słowa nic nie warte
Według ciebie są…
To otwórz swego życia kartę,
By zrozumieć to,
Ile znaczy osoba bliska,
Wszystkie spędzone razem dni,
Gdy w sercu coś uciska,
Ono podpowie ci.
Ludzie ranią się
Słowami ostrymi jak szkło.
A to boli bardzo cię,
-Przecież nie o to szło.
Więc nie bójmy się przebaczać,
Rozmawiajmy więcej, bo
Przecież musi nam wystarczać,
To, co dał nam los.
Nie rań słowami,
Bo krwawi serce.
Niech słońce zaświeci nad nami,
Wyciągnij do każdego ręce.
Świat jest piękny-mówią
Gdyby nie to zło,
To, dlaczego tak się gubią?
-Należy zmienić to!
Takie proste słowa:
Przepraszam, wybaczam…
Jakże wiele znaczą!
Więc do góry głowa,
Niech już oczy nie płaczą.

30.05.2005r.

Kulig


Hej, hej, wesoły kulig mknie!
Za konikiem duże sanie,
A za nimi małe sanki
Przyczepione jak falbanki.
Za woźnicą, w dużych saniach,
Są panowie tuż przy paniach.
Szuby i czapki na głowach,
Dziarsko koń biegnie po drogach.
Na saneczkach usadzona,
Jedzie młodzież rozbawiona.
Sanki suną w różne strony.
Już ostatnie wywrócone!
Oj, leżą na śniegu w rowie,
Anna z Józkiem , ich pasażerowie.
Migiem kulig gonić muszą
Bo nie czeka, zaraz ruszą.
Żartobliwy ten woźnica
Ostro skręca, nas zachwyca!
Poleciały w rów saneczki,
A z nich chłopcy, panieneczki.
Wszyscy leżą w miękkim puchu,
Koń się zatrzymał, reszta w ruchu!
Wkrótce dalej sanna rusza.
Na polanę dotrzeć muszą.
Tam ognisko, bigos czeka,
Kiełbaska pachnie z daleka.
Grzane wino dla rozrywki,
Oj, podoba się to wszystkim!
Parska konik, woła nas,
Bo powrotu nadszedł czas.
Już pochodnie zapalone,
A ogniska pogaszone,
Do widzenia, wracać czas!

Zima


Zima, zima, mocno trzyma,
Trzyma mocno mróz.
Stoi człowiek na przystanku,
Marzną nogi, uszy, nos.
Taki to człowieka los!
A tuż obok bałwan stoi.
Ten to mrozu się nie boi!
Nie ma czapki i szalika.
Żal mi bardzo tego pana,
Stoi tak już od samego rana.

Table of Contents